Relacja z imprez Kuszenie Magnum i Sentence Progressive Afterparty

afterpartyZacznę od tego, że nie kuszą mnie hasła reklamowe w stylu „najbardziej pożądana…”, ani nawet możliwość zjedzenia darmowego loda na imprezie za zupełne friko.

Przyciągnęły mnie nazwiska. Danny Howells – pamiętam doskonale jego ponad czterogodzinny fantastyczny set na ubiegłorocznym Kuszeniu. I Nick Warren – niby za nim nie przepadam, jednak 24. kompilacja Global Underground w połowie mu się udała. Pomyślałem też, że na pewno dźwięk będzie lepszy niż rok temu, bo przecież nie powtarza się tych samych błędów. Poza tym Coxa w tej samej hali dało się dobrze nagłośnić, to przecież Magnum też musi się dać.

Jesteśmy na miejscu. Wszędzie tłumy ludzi, strzelające światła, dudniąca muzyka. Istny Jarmark. Szukamy wejścia dla VIP’ów. „Co w tej kolejce robią chłopaki w dresach?”. Po kilkunastu minutach przepychanek jesteśmy wreszcie w środku. Uderzająco dobra dekoracja! Cztery ogromne „płonące” obręcze ustawione na podestach. Didżejka tonęła w kwiatach, co miało przypominać ołtarz w skali makro. Na dole figurka, chyba Matki Boskiej, na górze DJ. Całość skąpana w światłach przeczesujących każdy metr kwadratowy sali.
Grał Danny Howells, jednak to co docierało do moich uszu było tylko dudniącą masą dźwięków. „Więc jednak nie dali rady”. Idziemy na górę z nadzieją, że tam będzie trochę luźniej, chłodniej i będzie coś słychać. Chłopaki z paskami odbijają sobie pieczątki na rękach, a chwilę później brakuje im kieszeni dla darmowych red bulli. Miejsca nie ma, ciągle nic nie słychać, jeszcze z 10 stopni cieplej, a na balkon już nie wpuszczają. Ja mam już dosyć tej imprezy. To nie jest atmosfera ani do zabawy, ani do słuchania muzyki. Nie chcę też dalej być VIP’em i uciekam na dół, na dwór, na świeże powietrze. Tam znowu skończyły się plastikowe kubki i po 30 minutach stania w kolejce po piwo odeszliśmy z dwiema butelkami coli.
Zaczął Warren więc znowu jesteśmy w środku. Jednak to nie był ten Warren, którego lubię. Poczęstował nas półtoragodzinną dawką hitów z pogranicza trance i pop. O dziwo nie tylko mnie się nie podobało, bo zaczynało się robić trochę luźniej. Postanowiliśmy poszukać lepszego dźwięku i w końcu się udało. Szkoda, że na końcu sali, ale dobrze że w ogóle.

Udało nam się wytrwać prawie do 6, co nie znaczy że imprezę zaliczam do udanych. Lepiej smakował mi hot-dog na Statoil, niż lody na Kuszeniu Magnum. Nie rozumiem jak można zaprosić światowej sławy didżejów, zapłacić za to kupę forsy i dać taką plamę organizacyjną. Przecież 8 tysięcy ludzi nigdy nie zmieści się w hali dla pięciu, a dobry dźwięk z byle czego nie popłynie. Za rok sobie na pewno daruję.

Przyjemniejsza część: afterparty w Klatce.
Po wspomnianym wcześniej śniadaniu znaleźliśmy się w Klatce. Klub wypełniony po brzegi ale atmosfera zgoła odmienna. Wreszcie słychać muzykę! Za deckami Fresh prezentujący zupełnie niespotykaną w Polsce, ciężką i wolną odmianę house – rekompensata za niesłyszalnego Howellsa na Magnum. Wśród bawiących się ludzi widzę wiele twarzy zapamiętanych z Kuszenia, jednak tutaj wyrażają coś zupełnie innego. Wszyscy są zadowoleni i oddani beztroskiej zabawie. Didżeje stanęli na wysokości zadania i dopasowali swoje sety do wyczerpanych porankiem klubowiczów. Brawa dla Angelo Mike’a, szczególnie za pierwsze pół godziny, a dla wszystkich zgromadzonych za poprawienie humorów po zupełnie nieudanym Kuszeniu.

autor: Sebastian Napora

Dodaj Komentarz